sobota, 27 kwietnia 2013

Najpierw burgery, potem Kari - Hard Rock Cafe

Znowu burgery powiecie... ale właśnie nie tylko : )
     Tak się szczęśliwie złożyło, że niezbyt dawno, choć już parę ładnych dni temu w Hard Rock Cafe na Rynku Głównym w Krakowie grała Kari Amirian z zespołem. Grała w ramach “Grania na żywo”, któremu patronuje Żywiec. Uwielbiam muzykę Kari, mam jej płytę i nie mogłam przegapić okazji, żeby zobaczyć ją na żywo, szczególnie, że nie byłam do tej pory na żadnym z koncertów, które grała ani na żadnym z festiwali, które uświetniała. Z drugiej strony Hard Rock Cafe to miejsce, które nasz blogowy sympatyk polecał mi ze względu na podawane tam burgery. Połączenie idealne na idealny wieczór. Najpierw przyjemność dla ciała potem przyjemność dla ducha. Najpierw coś dla bloga potem coś dla ucha. I jakkolwiek to nie zabrzmi: Najpierw burgery, potem Kari!
    Zasiedliśmy przy stoliku na ostatniej kondygnacji lokalu skąd miałam idealny widok na scenę ustawioną poniżej. Kelner podał nam kartę, w której znalazłam listę oferowanych burgerów. Za około 40zł można było wybrać m.in. legendarnego burgera Hard Rocka z wołowiną, chrupiącym bekonem, dwoma plasterkami sera oraz smażonym Onion Ring lub Hickory BBQ Bacon Cheeseburgera z wołowiną, sosem Hickory BBQ, karmelizowaną cebulą, chrupiącym bekonem i serem Cheddar. Dla wszystkich przeciwników wołowiny burgery można było wybrać w opcji z kurczakiem.
    Mnie trochę przeraziła i wielkość i cena burgerów dlatego zdecydowałam się na wersję dla dzieci. Mały burgerek z małą porcją fryteczek. Za to A. bez skrępowania, z błyskiem w oku zapragnął burgera Local Legendary (39zł), podawanego z polskimi specjałami, w tym z serem górskim i plackiem ziemniaczanym! Kelner, który przyjmował nasze zamówienie zwracał się do nas w dość bezpośredni sposób. Sposób, który niektórym mógłby się wydać obraźliwy. Domyślając się odpowiedzi postanowiłam trochę się z nim podroczyć i zapytać dlaczego tak się do nas zwraca. Kelner był w takim samym szoku jak ja, gdy powiedział do mnie na Ty po raz pierwszy. Tak jak się domyślałam, to ze względu na wszechobecny w knajpie luz. Luz, dzięki, któremu kelnerzy krzyczą do siebie, jeden z piętra do drugiego na dole: ej stary przynieś terminal! Niezwykłą przyjemność sprawiło mi wprawienie kelnera w zakłopotanie lecz gdy zapewniał, że jeśli sobie życzę on może się do mnie zwracać oficjalnie dostosowałam się do luzu dziękując za wyjaśnienia.
    Gdy dwa talerze wylądowały na naszym stoliku przeżyłam małe rozczarowanie. Burger A. był ogromy, z morzem dodatków i górą frytek. A. zaczął go zajadać ze smakiem i nieskrytą przyjemnością. Mój burger, za to, prezentował się jak (za przeproszeniem) z McD. Nie było w nim nic poza mięchem. Jeśli tak w HRC karmią naszą polską młodzież to mamy przechlapane. Ani grama sałaty? Ani kęsa pomidorka? Postanowiłam opowiedzieć o moich wątpliwościach luźnemu kelnerowi. Na szczęście potraktował mnie poważnie i już po paru chwilach miałam i sałatę, i pomidora, i nawet parę krążków chrupiącej cebulki. Dopiero wtedy mój burger zaczął się prezentować apetycznie i smakował przyjemnie. Niestety nie mam zdjęcia na potwierdzenie moich słów, gdyż zgasło światło, Kari, Janek i John weszli na scenę, zaczęli grać i nie mogłam już myśleć o niczym innym tylko o magii, która ulatywała z muzyki...
 














 
 
 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza